
Gdyby zebrać wszystkie żarty i stereotypowe dowcipy o kobietach i mężczyznach można by pewnie obdzielić nimi niejeden kabareton. Legendarne są już przecież opinie o tym, jak to kobiety skręcają w prawo, a potem nagle w „to drugie prawo” oraz jak to mężczyźni rozróżniają tylko trzy kolory i spisują testament mając stan podgorączkowy…
Kiedyś na warsztatach małżeńskich uczestnicy zostali poproszeni o swobodne wypisanie różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami. Jak łatwo się domyślić mężczyźni zostali określeni jako ci racjonalni, zadaniowi, skoncentrowani na rozwiązaniu, ale również mniej wrażliwi, mniej empatyczni. I nierozumiejący, że jak kobieta się żali na problem, to wcale nie potrzebuje usłyszeć efektywnego rozwiązania, ale potrzebuje po prostu przytulenia. Z drugiej zaś strony kobietom zostały przypisane cechy takie jak empatia, koncentracja na relacjach i drugim człowieku, wrażliwość, czułość, ale również nadmierna emocjonalność, skłonność do uogólniania i brania wszystkiego do siebie. I niezrozumienie tego, że mężczyźni naprawdę są w stanie myśleć o niczym.
Mówi się czasami, że sercem mężczyzny są sprawy świata, a światem kobiety sprawy jej serca. To pokazuje, że tak naprawdę jesteśmy powołani do różnych rzeczy. Biblijnie, Pan Bóg, stwarzając Adama, nakazał mu panować nad światem, dlatego też mężczyźni pierwotnie mają wdrukowaną zadaniowość. Z łatwością odnajdują w sobie przeróżne uzdolnienia, by tworzyć, by kreować, by działać w świecie materii. Mężczyzna faktycznie – zgodnie z zamysłem Boga – czyni sobie ziemię poddaną. Tymczasem kobieta została stworzona z żebra Adama i rdzennie, wewnętrznie nastawiona jest na budowanie relacji z drugim człowiekiem. Jej geniusz przejawia się w empatii, troskliwości, delikatności. Niemniej co ważne – kobieta, choć z żebra Adama, to została stworzona BEZ jego udziału, bez jego wpływu. Tym samym zostali przez Stwórcę powołani do równości, do współdziałania, do tworzenia jedności i całości. Święty Jan Paweł II w 1995 roku pisał: „Kobieta jest dopełnieniem mężczyzny, tak jak mężczyzna jest dopełnieniem kobiety. Są komplementarni”.
Te różnice pojawiają się nie tylko w postrzeganiu swojej roli w świecie, ale również w działaniu, w myśleniu, w reakcjach. Mężczyźni – jak wspomniałam wyżej – są zadaniowi. Ich celem jest dbać o całość. Są jak architekci. Planują, obmyślają strategię, kreują rozwiązania. Z tego powodu nierzadko potrzebują dystansu, samotności, czasu dla siebie. Wprawdzie siedzący bezczynnie mąż może doprowadzać żonę do szaleństwa, niemniej warto tę przestrzeń mu dać. Dodatkowo wraz za naturalną skłonnością do tworzenia i działania u mężczyzn pojawia się silna potrzeba kontroli. Mężczyzna rozwija się, gdy ma odpowiedzialność, gdy buduje coś od początku do końca. I tutaj mogą pojawić się nieporozumienia, gdy żona przejmuje kontrolę, zaczyna dyrygować. Gdy zaczyna być kierownikiem budowy, zamiast oddać tę rolę mężowi.
Kobieta z kolei to dekoratorka wnętrz. Dba o szczegóły, o bibeloty, o nastrój. Jest cały czas w akcji, ma w swojej głowie wiele spraw na raz i dlatego też nierzadko reaguje emocjonalnie, impulsywnie oraz ma trudność ze złapaniem dystansu. Potrzebuje ludzi, zainteresowania, okazywania troski. I o ile mężczyzna potrzebuje nowych zadań, wyzwań, to kobieta docenia stabilizację i bezpieczeństwo. Nawet, a może szczególnie wówczas, gdy sama miewa humory i zmienne nastroje. Nieporozumienie pojawia się na przykład wówczas, gdy mąż w sytuacji trudnej dla żony – pełen dobrych intencji i z wrodzoną sobie skłonnością – podaje jej gotowe rozwiązania. Albo zaczyna dopytywać co ona ma zamiar w tej sytuacji zrobić i jaki ma plan działania. Kobieta nie potrzebuje rad ani rozwiązań, gdyż to co najczęściej dla niej trudne w sytuacji to emocje jej towarzyszące, a nie samo wydarzenie. Kobieta potrzebuje być wysłuchana, gdyż opowiedzenie o zdarzeniu przynosi jej ulgę.
Pewne powiedzenie mówi, że mężczyzna chce być w życiu kimś, a kobieta kimś dla kogoś. Co za tym idzie? Dla mężczyzny ważnym jest uznanie, pochwała, dostrzeganie jego działań. Chce być odbierany jako osoba skuteczna, wytrwała, rzetelna, godna zaufania. Chce dla swojej żony być tym, na którym ona może w każdej chwili polegać i którego podziwia za działania i zaangażowanie. Nieważne, że dbałość o rodzinę i zapewnienie jej bezpieczeństwa de facto należy do jego obowiązków wynikających z roli, którą przyjął. On potrzebuje usłyszeć, że żona to dostrzega i ceni. I mądra żona wie, że takie pochwały wzmacniają poczucie pewności siebie u męża i tym bardziej mobilizują go do wytężonego działania na rzecz małżeństwa i rodziny. Pretensje o to, co jest niezrobione, wypominanie i napominanie przyniosą tylko odwrotny skutek. W pułapkę niedoceniania męża wpaść bardzo łatwo. Nagromadzony żal, zmęczenie, przeświadczenie, że wszystko jest na głowie żony powoduje, że trudno się przełamać. Warto jednak podjąć trud wyrażania pozytywnych wzmocnień.
Tymczasem kobieta potrzebuje troski i myślenia o niej. Można żartem powiedzieć, że kobieta nawet nie musi być kochana, ma się CZUĆ kochana. I to właśnie do mężczyzny należy, by o to zadbać. Nie wystarczy kochać, poświęcać się, powtarzać, że to „przecież dla Ciebie tyram cały dzień”. Trzeba jeszcze dodatkowo wysyłać sygnały zapewniające o miłości. Sygnały czytelne dla kobiety. Jak wspomniałam wyżej kobieta z natury odbiera świat na poziomie emocji, ale – co ważne – odbiera go też bardzo osobiście. Dlatego im więcej gestów i słów, które skierowane są wprost do żony, a u swojego podłoża mają czułość, troskę, miłość i zachwyt tym większa pewność, że żona będzie się czuła kochana.
Po co to wszystko? Po co chwalić męża skoro i tak jest już pewny siebie? W jakim celu zapewniać żonę codziennie o miłości, skoro „już raz powiedziałem i nie odwołałem tych słów”? Dlatego, że miłość i małżeństwo nie jest zaspokajaniem własnych potrzeb, ale realizowaniem godziwych potrzeb osoby kochanej. Aby w małżeństwie wzrastać, aby czynić tę relację z każdym dniem coraz trwalszą i głębszą nie wystarczy być sobą. Należy nieustannie siebie przekraczać. Zostawiać swoje przyzwyczajenia i naturalne zachowania i podejmować trud wychodzenia ze swojej „strefy komfortu”.
Agnieszka Antonowicz